— Podłość ludzka nie zna granic — tymi słowami Aneta Dobroch, mistrzyni ceremonii pogrzebowych, podsumowuje bezprecedensową sytuację ze Stalowej Woli (woj. podkarpackie). Decyzja córek o świeckim pochówku ojca wywołała w rodzinie tak wielki sprzeciw, że żałoba zeszła na dalszy plan. Na klatce schodowej zawisł drugi nekrolog, a zmarłego żegnano w cieniu otwartego bojkotu i wzajemnych żali.
Ostatnie pożegnanie, do którego doszło wczoraj, 27 sierpnia, w Stalowej Woli, zamiast upłynąć w atmosferze zadumy, stało się zarzewiem bolesnego konfliktu. Organizacją ceremonii pogrzebowej pana Zbigniewa zajęły się jego córki. Chcąc uszanować to, jak żył ich ojciec, zdecydowały się na świecki charakter uroczystości, którą miała poprowadzić mistrzyni ceremonii pogrzebowej, Aneta Dobroch. Ta decyzja okazała się punktem zapalnym dla reszty rodziny zmarłego.
Wojna na nekrologi na klatce schodowej
Kulminacją rodzinnego konfliktu była sytuacja na klatce schodowej w bloku, w którym mieszkał pan Zbigniew. Pod oficjalnym nekrologiem, informującym o ceremonii na Cmentarzu Komunalnym, pojawił się drugi, alternatywny.
W treści drugiego zawiadomienia wprost podkreślono, że pochówek ma charakter świecki, a najbliższe rodzeństwo odcina się od tej formy i nie zamierza w niej uczestniczyć.
— Powiesili drugi nekrolog o treści, że będzie msza w intencji zmarłego, ale to jeszcze by mogło przejść. Z tym że tam było napisane jasno, że oni nie przyjdą, ponieważ jest to obrządek świecki. (…) Właściwy nekrolog był powieszony na klatce w bloku, w którym mieszkał zmarły, a poniżej wisiał ten, który powiesiło „zdruzgotane” charakterem uroczystości rodzeństwo zmarłego. To przechodzi ludzkie pojęcie — nie kryje oburzenia pani Aneta.
„Strasznie te dziewczyny linczowali”
Co istotne, świecki pochówek wcale nie oznaczał całkowitego odcięcia się od sfery duchowej. Prowadząca ceremonię podkreśla, że zrobiono wiele, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom tradycyjnej części rodziny. Jednak po ich stronie nie było chęci do dialogu.
— W tym przypadku po pierwsze odmawialiśmy modlitwę, po drugie puściłam nawet na sam koniec „Barkę” i sąsiedzi sobie ją nucili. A mało tego, te córki prosiły rodzeństwo, że jeśli chcą, to mogą wziąć księdza. Przecież ja z księdzem też często prowadzę uroczystości (…). Ale tutaj już nie było takiej woli — dodaje mistrzyni ceremonii.
Brak kompromisu i bezpardonowa ocena ze strony otoczenia uderzyły przede wszystkim w córki zmarłego.
— Córki, które też swoje w życiu przeszły, naprawdę dbały o to, strasznie przeżywały to wszystko. A oni strasznie te dziewczyny linczowali — słyszymy.
Sytuacja była na tyle bezprecedensowa i uderzająca, że sama mistrzyni ceremonii nie ukrywała swojego poruszenia podczas prowadzenia pogrzebu. — Pierwszy raz w życiu, wczoraj w Stalowej Woli właśnie rozpoczęłam uroczystość od tego, że (…) powiedziałam, że pierwszy raz w życiu mam do czynienia z taką sytuacją — podsumowuje gorzko Aneta Dobroch.

